Przejdź do zawartości

Strona:Oscar Wilde - Prawdziwy przyjaciel (opowiadania).pdf/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Skoro Janek jest teraz w biedzie, to ja odstąpię mu połowę mej zupy i pokażę białe króliki.
 — Jakiż z ciebie głuptas! — krzyknął młynarz. — Nie wiem istotnie, poco cię posyłam do szkoły. Zdaje się, że wcale tam nie korzystasz. Jakto, więc nie wiesz, że gdyby Janek tu przyszedł i zobaczył nasz ogień na kominku i smaczną kolację i dużą beczkę czerwonego wina, musiałby uczuć zazdrość, a zazdrość jest uczuciem strasznem, mogącem wypaczyć najlepszą nawet naturę. A ja absolutnie nie dopuszczę, by natura Janka została wypaczoną. Jestem najlepszym jego przyjacielem i zawsze będę czuwał, by nie był narażony na zgubne pokusy. Zresztą, gdyby Janek tu przyszedł, mógłby też zażądać, bym mu dał trochę mąki na kredyt, a tego uczynić bym nie mógł. Mąka co innego, a przyjaźń także co innego, i nigdy nie należy brać jednego za drugie. Tak, zupełnie to różne słowa i różne też mają znaczenie. To przecież widoczne.
 — Jak ty świetnie mówisz! — ozwała się żona, nalewając sobie szklankę gorącego ale’u; — doprawdy, że o mało nie zasypiam. Tak samo, jakobym była w kościele.

 — No tak — odparł młynarz — bardzo wielu ludzi postępuje dobrze, ale bardzo niewielu umie dobrze mówić, z czego wynika, że mówienie jest rzeczą trudniejszą i bardziej dystyngowaną. — Co powiedziawszy, rzucił surowe spojrzenie na najmłodszego synka, który uczuł się tak zawstydzonym, że zwiesił głowę i oblał się purpurowym