Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ani Wordsworth, których po kolei naśladował, nie mogli pozbawić jego strof podgłosu zwątpienia i smutku, jaki stale w nich przebija. A kiedy opłakuje Thyrsis, lub też opiewa dzieje Cygana-studenta, posługuje się fletem pastuszym dla oddania właściwej melodji. Bez względu jednak na to, czy faun frygijski milczał, czy nie, ja milczeć nie mogę. Wypowiedzenie się jest tak konieczne dla mnie, jak wydawanie liści i kwiatów jest koniecznem dla czarnych gałęzi drzew, ukazujących się z po za murów więziennych i kołyszących się nieustannie na wietrze.
Pomiędzy sztuką moją a światem rozwarła się teraz głęboka przepaść; niema jej jednak pomiędzy sztuką a mną samym. Każdemu z nas inny przeznaczony jest los. Moim udziałem była publiczna niesława, długotrwałe więzienie, nędza, nieszczęście i hańba; nie jestem jednak godzien ich — dotychczas przynajmniej. Pamiętam, jak zwykłem był mawiać, że mógłbym znieść prawdziwie tragiczny los, gdyby spadł na mnie w purpurowej todze, pod maską szlachetnego smutku. Okropną jest jednak stroną epoki dzisiejszej odziewanie tragedji w szatę komedjową, wskutek czego najwznioślejsze fakty wydają się pospolitemi, groteskowanemi i pozbawio-