Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pieniu mojemu w żadnej z tych form, jakie przybrało ono u mnie. Sztuka rozpoczyna się tam, gdzie kończy się Naśladownictwo; w twórczości mojej wystąpić musi też coś nowego: może większe bogactwo wysłowienia się, doskonalsza rytmika, bardziej niepospolite efekty, prostszy i bardziej harmonijny układ architektomiczny, nowe jakieś w każdym razie wartości estetyczne.
Kiedy Marsjasz „wyrwany został z cielesnej powłoki swoich kończyn“ — della vagina delle membre sue — używając jednego z najstraszliwszych tacytowskich zdań Dantego — było już po jego pieśni, mówili Grecy. Apollo zwyciężył. Lira zwyciężyła flet pastuszy. Może jednak byli Grecy w błędzie. Słyszę często krzyk Marsjasza w sztuce współczesnej. Brzmi on gorzko u Baudelaire‘a; słodko i żałośnie — u Lamartine‘a; mistycznie — u Verlaine‘a; dźwięczy w zamierających akordach muzyki Szopenowskiej; tkwi w zniechęceniu, jakie cechuje kobiece postacie Burne Jones‘a. Niemało ma go nawet w sobie Matthew Arnold, którego utwór Callicles“, opiewa: „tryumf słodkiej, przekonywującej liry“ i „sławne zwycięstwo ostateczne“ w tak jasnych, pełnych lirycznego piękna, dźwiękach. Ani Goethe,