Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wdrapywać się na daleko bardziej strome wyżyny, przechodzić przez daleko ciemniejsze doliny. A wszystko to muszę wydobyć z głębin własnej istoty. Ani religja, ani moralność, ani rozum nie są w stanie mi pomódz.
Moralność nie jest mi pomocną. Jestem wrodzoną przekorą. Jestem jednym z tych, którzy są stworzeni do wyjątków, a nie do praw. Uważając jednak, że niema nic złego w tem, co człowiek czyni, widzę, że jest coś złego w tem, czem się człowiek staje. Dobrze jest dojść do takiego przeświadczenia.
Religja też mi nie pomaga. Gdy inni wierzą w rzeczy niewidzialne, ja wierzę w to tylko, co widzę i czego się dotykam. Moje bóstwa przebywają w świątyniach, wzniesionych ręką ludzką; wiara moja doskonali się i uzupełnia w granicach faktycznych doświadczeń; zanadto może uzupełnia się, bowiem, na wzór wielu lub wszystkich, którzy szukają nieba na ziemi, znalazłem na niej nietylko piękno nieba, ale zarazem grozę piekła. Kiedy myślę o religji, czuję, że dobrze byłoby utworzyć rodzaj zakonu dla tych, którzy nie mogą wierzyć. Możnaby go nazwać Bractwem Niewierzących. Na ołtarzu, na którym ani jedno nie płonie światło, kapłan, w którego sercu pokój nie gości, odprawiałby