Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prostoty gestu, — módz uroczyście zdjąć kapelusz na moje powitanie w chwili, kiedy mijałem go, z głową opuszczoną i rękami zakutemi w kajdany. Ludzie szli do nieba za drobniejsze od tego uczynki. W takim nastroju ducha, z sercem pełnem takiej miłości, klękali święci, aby obmywać nogi nędzarzom i pochylali się, aby składać pocałunek na twarzach trędowatych. Nie wspomniałem mu nigdy ani jednem słowem o tem, co zrobił. Nie wiem nawet aż do dnia dzisiejszego, czy świadom jest, że zauważyłem jego czyn. Nie jest to w skarbnicy mojego serca. Chowam tam rzecz, za którą można wyrażać zdawkową wdzięczność zdawkowemi słowami. Kryję ją jak dług tajemny, o którym miło mi myśleć, że nigdy nie będę w stanie go spłacić. Zabalsamowana jest, aby zachować mogła swoją słodycz, myrrą i nardem wielu łez.
Ilekroć wiedza zdawała mi się bezcelową, filozofja — bezpłodną, a oklepane frazesy tych, którzy usiłowali mnie pocieszać, stawały się jak pył i popiół w moich ustach, otwierała mi pamięć o tym drobnym, pełnym czaru, niemym akcie miłosierdzia dostęp do wszystkich źródeł litości: ukwiecała różami pustynię, wprawiała serce moje, w pośród goryczy mojej samotności, w harmonijne współ-