Strona:Ogród życia (Zbierzchowski).djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z CZEGO ŻYJĘ?



Szuka napróżno źródła mych dochodów
Ten, kto na życie moje z boku patrzy,
A nie wie o tem, że jestem bogatszy,
Niż maharadża indyjskich narodów.

Bo gdy ogarnę wszechświat swą tęsknotą,
Gdy myśli pomkną, jak jaskółki chyże,
Wszystko, do czego tylko się przybliżę,
W tyglu mej duszy przetapia się w złoto.
 
A wtedy z duszy pełną garścią czerpię
I żyję z uczuć, zachwytów i wrażeń,
Z łez wypłakanych, z niespełnionych marzeń,
Z tego, co kocham i z tego co cierpię.

Z wieczornych godzin cichej milancholji,
Z bajek o szczęściu starych, siwych gazdów,
Z cudownych spotkań, z bolesnych odjazdów,
Z tego co cieszy i z tego co boli.

Więc choć w szaleństwie skarby wszystkie stracę,
Nigdy nie ujrzysz smutku na mem licu —
Mam jeszcze srebrne dobra na księżycu,
Od których żadnych podatków nie płacę.
 
A gdybym nawet został całkiem czysty,
Jeszcze nie poddam serca swego trosce —
U przyjaciela, gdzieś w zapadłej wiosce
Zawsze posadę znajdę organisty.