Strona:Noc letnia.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wy, a za pierwszém spojrzeniem, spotkał urnę matki — lecz miasto jej nagrobku inne tam już słowo stało: «Hańba:» wyczytał młodzieniec. — «Hańba» krzyknął zrywając się z miejsca ostatkiem sił — «Hańba:» odrzekły mu tysiące z tyłu, z przodu, z boków — «Hańba» powtórzyły zamku sklepienia od sali tronowej po skarbcu kopalnie; — a jedni z pośród tłumu zaczęli nań wołać jego nowém, cudzoziemskiém imieniem; drudzy skacząc na około, przypinali mu krzyże. — Inni kazali mu by się im kłaniał; inni by deptał po matki niedopalonych popiołach!
To mu krew na powrót pchnęło do serca i rzucił się naprzód, rozbił otaczających, wyleciał z komnaty, szuka wzrokiem narzeczonej — ona gdzieś w oddali stoi już oparta na ręce drugiego i szydzi także. Jak może więc sunie po za posągami, przepada w framugach; lecz zaraz go wykryją i znów uciekać musi — w sto manowców zamek plącze się przed nim, a nigdzie schronienia: wszędzie naokoło obelgi i groźby, a w nim sa-