Strona:Noc letnia.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wysepki kryły się jedne za drugiemi — każda wieńcem sitowiu opierścieniona — Tu i ówdzie na nich olbrzymie głazy, dawne okrutnych Bogów ołtarze, dziś obwisłe powojem — Kiedy odpływała łódź, u steru której siedział starzec, zewsząd zerwały się z pluskiem i szumem dzikich ptaków stada — Czarna z nich tęcza zawisła nad płynącemi — na każdym skręcie wodnego manowcu starzec klaszcze w ręce «tu, tu ją znajdziemy,» a gdy nikogo nie widać, pyta się powietrza: «Gdzie dziecię, dobre dziecię moje?» — Tak opłynął całą wysp drużynę i czystem jeziorem kazał jechać ku drugiemu brzegowi — Lecz już teraz zamilkł, ster puścił, czasem rzuci się nagle w bok a wielka bladość rozpościera się po jego twarzy — Zanurzył ramie w wodę po łokieć i słuchając szmeru fali głośno się rozśmiał — Stanęli wioślarze, czekają ażali im nie każe wrócić — On i słowa nie rzekł, jedno wstał i odwróciwszy się spoziera na zostawione