Strona:Nikołaj Gogol - Obrazki z życia.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


były one jakoś jeszcze bardziej głuche i samotne, latarnie migotały już zrzadka tylko, widocznie niewiele było w nich oleju[1]; ciągnęły się drewniane domy i płoty; nigdzie duszy ludzkiej; błyszczał tylko śnieg na ulicach i smutno czerniły się śpiące, niziutkie domki z zamkniętemi okiennicami; zbliżył się do miejsca, gdzie ulicę przerzynał olbrzymi plac, z ledwie widocznymi domami po drugiej stronie, tchnący straszną pustką.
Gdzieś Bóg wie jak daleko migotało światełko w jakiejś budce, która zdawało się stoi na końcu świata. Tu wesołość Akakija Akakijewicza znacznie się zmniejszyła; wszedł na plac nie bez mimowolnej trwogi, jakgdyby serce jego przeczuwało już coś niedobrego. Obejrzał się za siebie i po bokach — dokoła, prawdziwe morze!
— „Nie, lepiej nie patrzeć pomyślał sobie i szedł, zamknąwszy oczy, a gdy je otworzył, aby zobaczyć, jak też daleko do końca placu, spostrzegł nagle, że mu prawie przed nosem stoją jacyś ludzie z wąsami — co za ludzie nie mógł tego nawet rozpoznać. Pociemniało mu w oczach i serce w piersiach zabiło.
— „A przecież płaszcz to mój“ — rzekł jeden z nich piorunowym głosem, chwytając za kołnierz Akakijewicza. Ten chciał już krzyknąć „policya“[2], gdy drugi z owych ludzi, podsunąwszy mu kułak wielkości urzędniczej głowy pod same zęby, powiedział:
— „Tylko krzyknij!“

Akakij Akakijewicz czuł tylko, jak zdjęli z niego płaszcz, kopnęli go nogą; on upadł na wznak na śnieg — nic więcej już nie pamiętał. Po kilku minutach oprzytomniał: wstał, lecz nikogo już nie było. Czuł, że na polu jest zimno i że nie ma płaszcza; zaczął krzyczeć, lecz zdawało się, że głos ani myślał nawet dojść do końca placu. Zrozpaczony nie przestając krzyczeć, zaczął biedz przez plac wprost ku budce, koło której stał strażnik[3], oparty na swej halabardzie i z zaciekawieniem, jak się zdaje, przyglądający się, po jakiego dyabła krzycząc biegnie ku niemu jakiś człowiek. Akakij Akakijewicz przybiegłszy do niego, począł krzyczeć zdyszanym głosem, że on śpi i nie ogląda się na nic, nie patrzy, jak ograbiają ludzi. Strażnik odpowiedział, że nic nie widział, że spostrzegł tylko, jak go na środku pla-

  1. „niewiele było w nich (latarniach) oleju“. Pamiętać trzeba, że mowa tu o Petersburgu, jakim się przedstawiał między r. 1830 a 1840; o latarniach gazowych wtedy jeszcze nie słyszano.
  2. „policya!“ — w oryginale: karauł = straż, warta.
  3. „strażnik“ — „budocznik“, stójkowy, tak nazywany od budki, w której się chronił w czasie niepogody lub wielkiego mrozu.