Strona:Moi znajomi.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


świecznik, którego płomyki też zaczynały migotać i mrugać, jak oczy do płaczu gotowe.
Płakano wszakże przy większych tylko okazyach. Ot, kiedy na ten przykład, Dzieszuk z książki swojej zagrzmiał na mszy pasterskiej: «Bóg się rodzi, moc truchleje»; albo kiedy na wielkopiątkowej pasyi ryknął wielkim głosem: «Jezu Chryste Panie miły, Baranku bardzo cierpliwy!» — lub kiedy wreszcie, podczas rezurekcyi, jak z moździerza huknął: «Wesoły nam dziś dzień nastał!» Tę pieśń lubił szczególniej, a w miarę, jak ją śpiewał, głos jego młodniał i nabierał słodyczy, tak, że przy słowach: «Witajże Jezu najsłodszy, Synaczku mój najmilszy», podobny był gruchaniu gołębia, który lubo przytwardy już nieco na pieczeń, tokować przecież nie zapomniał jeszcze.
Słodycz ta pozostawała mu w głosie i w spojrzeniu na cały ten dzień, który raz na zawsze spędzał u kuma swego, strażnika trzeciej bramy w winiarskim forcie, Wojciecha Kociały, igrając z dziatkami jego i pożywając dar boży, iż to sam, sierota stary, domu swego i ogniska nie miał, odkąd syn jego jedyny, pod Odolanowem... szwabska krew!...
Nie kończył tego wachmistrz Dzieszuk nigdy;