Strona:Maurycy Mann - Literatura włoska.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dalej widziałeś, jak się z nią ku górze
Wraz unosiły owe tanecznice,
Powietrze drżało, choć kute w marmurze,
Niebiosa szczęsne patrzyły w jej lice.
I była radość w całym bogów chórze,
Każdy z nich pragnął wieść ją do łożnice,
Jak na cud jaki poglądali społem,
Z brwią podniesioną, sfałdowanem czołem.



Zkolei Jowisz, dlótem wyciosany
W kształt dorodnego, śnieżystego byka,
Niesie na grzbiecie skarb umiłowany.
Ona zalękła pogląda, jak znika
Wybrzeże; złoty włos wiatrem rozwiany
To się unosi, to jej piersi tyka,
Szata faluje, coraz się wydyma,
Dłoń jej na karku, drugą za róg trzyma.

Kurczy kolana i podgina stopy,
Aby nie tykał ich bryzg chłodnej fali,
Które ją straszą, wciąż biegnąc w jej tropy.
Próżno się swoim towarzyszkom żali;
Na łące stoją, płaczą Europy
I tylko głos ich dolata w oddali:
Powróć, Europo, jęczą wierne drużki;
Byk płynie, raz wraz liżąc drobne nóżki.

Jowisz w łabędzia zmienion lub deszcz złoty,
Lub w postać węża, albo skotopasa,
Ułatwia sobie przelotne zaloty;
A gdy go znęci Ganimeda krasa,
Jak każe miłość, to górnemi loty
Niesie go tam, gdzie piękno nie wygasa.
Chłopię cyprysem ma wieńczoną głowę,
Nagi, w gałązki uwite mirtowe.

Neptun się zmienia w wełnistego tryka,
Albo ugania, niby buhaj młody;
Ojciec Chirona, jak źrebiec pomyka.
Febus w tesalskich górach pasie trzody
I tam w szałasie lichym się zamyka.
On, co jest ojcem światła i pogody,
Nie zna lekarstwa na miłosną ranę,
Chociaż mu wszystkich ziół własności znane.

Bieży za Dafną, co się z lęku słania;
«Nie bój się, miła, wszak cię nie zabiję!
Zostań, użal się mojego kochania.
Kiedy wróg ściga, nie dziw, że się kryje
Owca przed wilkiem, albo przed lwem łania.
Winna-ż to miłość straszyć serce czyje?
Więc nie uciekaj, pani mojej dusze,
Nie czynięć krzywdy, gdy cię kochać muszę».

Piękna Arjadna, w członków nieowładzie
Niecnej ucieczki Tezeja się żali;
Szum wiatru i sen stały jej na zdradzie;
Strachem dygoce, jak trzcina na fali.
Chyła się wszystka i na brzegu kładzie,
Tylko jej skarga dochodzi z oddali:
«Niewierny!» z warg jej wylatują słowa:
«Okrutniejszego zwierza świat nie chowa».

W bluszcz i winograd strojny, na rydwanie
Bachus; w zaprzęgu dwie stwory tygrysie;
Wkoło rydwana tupoty, igranie:
To z bachantkami satyry-trefnisie.
Ten się zatacza w opętańczym tanie,
Ten na cymbałach bębni, a ten gzi się
Z nimfą; ten trąbi w róg, a tamten dłonie
Złożywszy, na nich gra, jak na puzonie.

Na swym osiołku, tłusty i obrzękły,
Pojeżdżą Sylen, wieczny pijanica,
Zaspany, jakby głupotą rozmiękły.
Białka krwią zaszły, przygasła źrenica,
Ledwie go dźwiga osiołek zalękły.
Tyrsem łaskoce nimfa-swawolnica.
Gdy mu tak tyrsem przed oczyma śmiga,
Czepia się karku, a satyr go dźwiga.

Ujrzał, pokochał i gwałtem porywa
Swą Prozerpinę piekieł bóg w zaświaty;
Na wielkim wozie jedzie, włos jej spływa,
Czasem go Zefir poddyma skrzydlaty.
Zebrała suknię, dłonią pierś zakrywa,
Z fałdów jej sypią się zerwane kwiaty.
Mateczki swojej woła i na błoni
Stojących drużek i rzewne łzy roni.

Zrzuca srogiego lwa obdartą skórę
I obleka się w niewieście ubiory,
Ten, który sobą przerażał naturę.
Teraz podwice usługiwać skory,
Cierpi, że Amor tak wziął nad nim górę,
Nad nim, co niebu użyczał podpory,
On, co maczugą zbierał żniwo śmierci,
U nóg jej siedzi i wrzeciono wierci.

Polifem barki okudlił jak zwierzę,
Pierś zakrywają okropne kędziory;
Na skroniach liście i żołędzie świeże;
Owce się pasą u skalnej komory.
Jęczy i wyje, gdy żałość w nim wzbierze,
Gdy go rozpalą na wnętrzu amory.
Zmiąkł wszystek, tak go rozebrały żale,
I legł pod bukiem, na nieczułej skale.

Czernieje łukiem od ucha do ucha
Brew, na szerokość jakich sześciu dłoni.
Szerokiem nozdrzem zapach morski niucha,
Bieleją zęby, kiedy je odsłoni,
A pod rzemieniem dzikiego pastucha
Widna plecionka stuletnej zamponji;
Patrzy na morze, co falami pląsa,
Śpiewa pieśń górską i kudły wytrząsa.