Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

uwadze, a już patrzą pełne zaufania. — Już nie wiedzą, gdzie złożyć skrzydła, jak ptaki morskie, zabłąkane zdała od brzegu. Bo i ja przyjmuję udział w szczęściu, jakie ci ofiaruję... Nie będę miał innego... Ale ty bądź spokojna, razem zaczniemy zgłębiać tajniki przeznaczenia, i gdy Lanceor...
Joyzella. Gdzie on jest?
Merlin. Ach, imię to cię budzi — i oto brzeg ukazuje się oczom, zabłąkanym w przestrzeni... Słuchaj, ja go już słyszę... Serce twoje, mimowiednie, ostrzegło go, żeś go kochała aż do szczytu, poza który miłość przejść nie może... On śpieszy, on już jest...
(Drzwi się otwierają; wchodzi Lanceor, za nim Aryella, niewidzialna).
Lanceor. Ojcze! ona jest moja!
Merlin. Synu, ona tryumfuje. Przeznaczenie ci ją daje.
Lanceor (chwytając Joyzellę w objęcia i pokrywając ją szalonemi pocałunkami). Ach, jakżem ja to przeczuwał — i jakże byłem tego pewny! Joyzello, moja Joyzello! Nie pytam się ciebie, coś mogła uczynić dla rozbrojenia losu... Je-