Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Zwracam siłę ramieniu, które podniosłaś w obronie miłości. Pozostawiam mu broń, która chciała mnie uderzyć i słusznie uderzyć... Aż do tego gestu wszystko było nieokreślone, teraz wszystko jest jasne, wszystko promienne i pewne... Spójrz na mnie, Joyzello, i nie lękaj się moich ust... Szukają one twego czoła, aby wreszcie złożyć na niem pocałunek, jaki składa ojciec na czole swej córki...
Joyzella. Cóż to znaczy — i co ty chcesz powiedzieć? Nie rozumiem. — Tak, widzę teraz w twych oczach, że zdajesz się mnie kochać, jak się kocha dziecko... Więc się omyliłam, a właśnie miałam zamiar!..
Merlin. Nie, ty miałaś słuszność. Nie byłabyś tą, której miłość wymaga, gdybyś nie uczyniła tego, coś zamierzała uczynić.
Joyzella. Nic już nie wiem, marzę.. Ale ponieważ nie jest to rzec ohydna, oddaję się marzeniu...
Merlin. Tak, to prawda, moja Joyzello, zwlekam z moją radością, z twojem szczęśliwem zdumieniem, śledzę twe oczy, które mi się zdają tak piękne w niepokoju: pragną się wyślignąć mej