marmurowych, wyjmuje z zanadrza ukryty puginał, podnosi go i chwilę mu się przygląda). Teraz, twoja kolej... O, gdybyś mógł wykonać to, czego pragnie myśl moja, aby ta śmierć co błyska na końcu tego ostrza nie była prawdziwą śmiercią, nieodwołalną śmiercią... Ale to za wiele... Już czas... Słowo — czyn. Uderzam.
(Podnosi sztylet by uderzyć Merlina. Aryella, niewidzialna, chwyta za rękojeść — i bez żadnego zewnętrznego wysiłku, paraliżuje jej ruch. — W tej samej chwili Merlin otwiera oczy, podnosi się i radosnym ruchem tkliwie obejmuje Joyzellę swemi ramionami).
Merlin. Dobrze! Joyzella jest wielka, Joyzella tryumfuje. Zwyciężyła los, słuchając miłości: i ciebie, moje dziecię, wybrało przeznaczenie.
Joyzella (nie rozumiejąc jeszcze, wydziera się). Nie, nie, nie! Nie mogłam! Ach, jeśli brak mi serca, to przecież mam odwagę. I jeżeli nie mam już siły, to mam całe życie — i nigdy, nigdy póki mi tchu wystarczy...
Merlin. Spójrz na mnie, Joyzello!
Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/97
Wygląd
Ta strona została przepisana.