którego oczekuje twa miłość, nie pogrąży się nieco w mroku i łzach...
Lanceor. Co chcesz powiedzieć? Zdajesz się niespokojny... Co kryjesz przedemną? Jak możesz wierzyć, że Joyzella stanie się kiedykolwiek przyczyną łez lub przyczyną mroku? Nie masz w Joyzelli nic, coby nie przynosiło zbawienia i miłości: nawet cierpienia, jakie zadać może, jeszcze zawierają błogosławieństwo. Ach, widzę, że znasz niedostatecznie żywy tryumf, jutrznię nieskończoną jej źrenic, jej głosu, jej serca. Trzeba ją było mieć w ramionach, aby wiedzieć jakie skarby nadziei, jakie fale pewności wypływają z najmniejszego słowa, które szepczą jej usta; z najmniejszego uśmiechu, co igra na jej czole... Ale zbyt opóźniam niecierpliwe zwycięstwo... Idź, idź, mój ojcze... Jestem tu, czekam, uważam jak mijają szczęśliwe minuty, aż wielki okrzyk radości mojej Joyzelli nauczy mię, że miłość utrwaliła przeznaczenie.
(Merlin całuje Lanceora i wychodzi powoli).