Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

miem... Nie, to niepodobna, aby człowiek, który nie jest księciem piekieł zjawił się w taki sposób w chwili, kiedy najwyższy ból serdeczny już nie wie, czego się może spodziewać, i co ma przedsięwziąć... Nie, ja źle słyszałam i obelgi w twarz ci rzucam... Musisz mi przebaczyć, jestem dziewica nieświadoma i nie zupełnie rozumiem, co znaczyły twoje słowa... Ale teraz widzę... Tak, ty masz słuszność. Tak, ty chcesz powiedzieć, że i ja powinnam wziąć udział w tem niebezpieczeństwie — i chcesz moje życie na chwilę połączyć ze swojem, aby stworzyć inne życie, mające go ożywić... Ale ten udział ja chcę mieć sama dla siebie, chcę go mieć całkowitym, ile można największym — i nie przypuszczałam, że mogę go otrzymać...
Merlin. Joyzello, czas ucieka... Nie szukaj żadnych omówień, ty wiesz, czego ja chcę od ciebie, a słowo moje wyraża jasno to, w co ty nie chcesz wierzyć.
Joyzella. A zatem, mam w tej samej chwili, kiedy on do życia powróci, kiedy znów oddychać zacznie w mych ramio-