gła odpowiedzieć... Pytaj mnie, o co zechcesz...
Merlin. Oto jest rzecz: nie będę już mówił zagadkami... Człowiek, którego tu Widzisz — i którego obejmują twe ramiona, leży rozciągnięty, a tak blizki śmierci, jakby już leżał na grobowej desce. Jeden gest przywoła go na stronę życia; jeden gest strąci go tam w otchłanie... Otóż, w tej samej chwili, w której ty powiesz tak — i zanim echo drzemiące w cieniu luków marmurowych znajdzie czas na powtórzenie twojego tak, uczynię gest nieomylny, który go wydobędzie z mroku, jeżeli tylko ty przyrzeczesz mi, że tej nocy przyjdziesz tu do tej sali, gdzie ci go zwrócę i że na tem samem łożu, gdzie teraz leżysz przechylona — bez wstydu, bez zastrzeżeń, oddasz mi się cala...
Joyzella. Jakto? Ja mam ci się oddać?
Merlin. Tak
Joyzella. Ja, mam oddać się tobie, kiedy on mi będzie zwrócony?
Merlin. Aby ci był zwrócony.
Joyzella. Nie, nie zrozumiałam... Są zapewne słowa, których nie rozu-
Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/75
Wygląd
Ta strona została przepisana.