Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

w objęciach Lanceora). Ach, to ty! Więc to ty! Nareszcie pomoc i życie nadchodzi! Spojrzyj, czy widzisz? Już czas, on upada! Do stóp ci się chylę! Tak, tak, ty możesz wszystko: ja to widziałam jasno! Ach, w takiej chwili dusza bywa jasnowidzącą nawet w najgłębszą noc, której gwiazdy żadne nie oświetlają... Błagam cię, mów, co mam czynić? Już nie jestem Joyzellą, już nie jestem dziczką, nie mam już dumy! Złamana jestem, półmartwa, ścielę się u twych nóg! I niema teraz mowy o tem, ani owem, o miłości i pocałunkach, ani o żadnych drobiazgach... Życie i śmierć stoją tu oko w oko, walczą tu wobec nas — i trzeba je rozdzielić! A ty nic nie czynisz? Ach, znam twoją nienawiść i złość do tego bezbronnego człowieka... Tak, ty masz słuszność, on jest wszystkiem czem chcesz, on jest nikczemnikiem, przecherą, twoim wrogiem, zdrajcą dziesięciokrotnym, jeżeli ci o to idzie... Tak, wyznaję, nie miałam racji, i już nie kocham go, bo ty nie życzysz sobie tego — i jestem gotowa na wszystko, abyś tylko jego ratował... Ale to jest konieczne, to jest jedynie wa-