Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

w naszej wielkiej miłości... Patrz, patrz, rękami podnoszę ci głowę. Czy poznajesz me ręce, które ci pieszczą włosy? Mówiłeś mi często, gdyśmy byli szczęśliwi; mówiłeś mi często, że najmniejsza pieszczota tych rąk ukochanych przywoła twą duszę, nawet wówczas, gdyby ta, w najwyższej błogości żyła w głębi raju, w najczarniejszej nocy głębi... Nie, nie, ona nie jest tam... Ale głowa jego się chyli, ramię opada bezwładnie, a palce jego zimne jak marmur (machinalnie dotyka kolumny marmurowej koło łóżka). Nie, to co innego... Ale ja muszę wiedzieć... A jego oczy już nie są... (Podnosi głowę). Ach, czy to jego oczy, czy też moje oczy tak się mroczą... Nie, to niemożliwe... Nie, nie, ja nie chcę... Otworzę te usta (dotyka swemi usty ust Lanceora). Lanceorze, Lanceorze! Cały ogień mego życia wejdzie do twojego serca... Nie lękaj się, nie lękaj! to płomień, co zbawia, to życiodawcze życie... Wetchnij je całkowicie aż do ostatniej treści tego oddechu, co ciebie kocha... Chciałabym własną duszę zatracić, aby wymienić nasze dwa żywoty. Przele-