Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

dno, aby drugie żyć mogło, wtedy się czuje, jak głębokie korzenie wiążą nas z tą ziemią, na której cierpimy: wtedy to życie wydaj e okrzyk nadludzki, donośnie upominając się o swoje prawa. Ale wtedy należy też słuchać drugiego głosu, co w nas przemawia, a który nie mówi nam nic pewnego i nic wyraźnego, w którym niema żadnej obietnicy, a który jest jedno szmerem cichym, świętszym, niżeli te bezładne wrzaski życia... Lanceorze i Joyzello, kochajcie się, kochajcie mnie, bo ja was kochałem... Słaby jestem i kruchy — i stworzony dla szczęścia tak jak inni ludzie; i nie bez oporu zrzekam się swego działu. Kochajcie się, moje dzieci, jak słucham cichego szmeru głosu, który niema mi nic do powiedzenia, ale który sam tylko ma słuszność.
(Klęka przed Joyzellą i w czoło ją całuje).
Joyzella (budząc się). Lanceorze!
Merlin. Tak, to ja... Noc mnie tu ścignęła do ciebie... Budzę cię nowym pocałunkiem, abyś nanowo znalazła...
Joyzella (podnosząc się gwałtownie