Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

niż to ciało zniszczone od tego, czem ono było niegdyś... Chciałem ci powiedzieć, chciałem krzyczeć tysiąc razy, że jestem kłamstwem, które już samo sobie jest nieposłuszne, i ohydne słowa, któremi kaziłem swe usta, dusiły wbrew mej woli gorące słowa miłości zrozpaczonej i wyznania pełne łez, które się rwały ku tobie... Wysilałem się wewnętrznie, choćby mi serce pękło; i słyszałem własny mój głos przewrotny i zdradziecki, a moje ręce, dłonie, oczy, pocałunki nie mogły mu zaprzeczyć... Bo wyjąwszy duszy, której nie widziałaś, czułem się ofiarą siły wrogiej, niezwalczonej i, niestety, niepojętej!...
Joyzella. Ale nie! Ja widziałam twą duszę! I odgadłam natychmiast, że to nie ty byłeś, coś mi tak kłamał; że to było niemożliwe.
Lanceor. Jakżeś to wiedziała?
Joyzella. Bo cię kocham...
Lanceor. Ale któż ja jestem, Joyzello, cóż ty kochasz we mnie, w którym ja sam sprofanowałem, w którym zniszczyłem wszystko, coś ty kochała?
Joyzella. Ciebie...