Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

żyłam jak obłąkana. Szukałam cię wszędzie. Stałam koło wieży. Brama była zamknięta, okna również. Pełzałam na-, progu, aby uchwycić twój cień, wołałam, krzyczałam, nikt mi nie odpowiadał... Ach, jakże ty jesteś blady, wychudły... Mówię ci słowa, a nie myślę... Daj mi swe ręce...
Lanceor. Czy ty mnie poznajesz?
Joyzella. Dlaczego nie?
Lanceor. Ale czyż ja jestem? Czy jestem jeszcze sobą samym? O, spojrzyj na mnie... Jakie ślady ze mnie pozostały!.. (Idzie do okna i gwałtownie podnosi zasłonę). Ale patrz na mnie, patrz! Gdzie ty mnie poznajesz? Mów mi, czy to tu? Czy to moje ręce, moje oczy, moje ubranie może?
Joyzella (patrząc nań, we łzach rzuca mu się w ramiona). O, jakże ty cierpiałeś!
Lanceor. Cierpiałem, cierpiałem! Zasłużyłem na to po wszystkiem, com powiedział, po wszystkiem, com uczynił. Ale nie o to mi idzie, nie to mnie przygnębia. Zgadzam się umrzeć, abyś tylko odnalazła we mnie, choć na jedno