Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

i nie wznoszą się prosto do góry; włosy przygasły jak blady popiół, który opuściły płomienie; nawet oczy, moje oczy ledwie same się rozpoznają... Otwierały się, uśmiechały, pozdrawiały życie... Teraz migotają, a ich spojrzenia unikają mnie jak spojrzenia łotra... Nic mi nie pozostało z tego, czem byłem; rodzona matka by mnie nie poznała... Dosyć tego (spuszczając zasłonę wysokiego okna). Ukryjmy się — i niechaj noc czarna osłoni to wszystko (kładzie się na sojie, w ciemnym kącie pokoju). Zrzekam się wszystkiego, przystaję... Uczyniłem, czego nigdy miłość przebaczyć nie może... Tracę życie, jak utraciłem Joyzellę. Już ona mnie nie zobaczy, ani ja nie zobaczę jej więcej.
(Drzwi się otwierają, wchodzi Joyzella.
Joyzella (zdziwiona mrokiem, przez chwilę zatrzymuje się na progu. Poczem rzuciwszy okiem dokoła izby, spostrzega Lanceora, leżącego w kącie i rzuca się ku niemu z otwartemi ramiony).
— Lanceorze! Te trzy dni ubiegłe prze-