Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

kie... Liczę je kropla po kropli. — Tyś mnie nie kochała. Miłość, co tak się zjawia, na pierwsze zawołanie, nie jest tą miłością, na której można trwałe szczęście zbudować... W każdym razie nie jest ona tą, której oczekiwałem. A potem jeszcze łzy... zbyt późno popłynęły. Tyś mię nie kochała, i ja cię nie kochałem. Inna by mi powiedziała... Inna by odgadła... Ale ty nie, nie, idź — idź-że sobie, powiadam!
(Joyzella oddala się w milczeniu, łkając. Zrobiwszy kilka kroków, odwraca się, waha, smutnie patrzy na Lanceora i znika, wołając cichym głosem:.
— Kocham ciebie!
Lanceor zgnębiony, błędny, chwiejnie idzie oprzeć się o pień drzewa).
Lanceor. Cóżem uczynił?... Jestem posłuszny. Czemu posłuszny? Nie wiem. Com powiedział? To nie ja mówię... utraciłem szczęście, teraźniejszość, przyszłość... Nie należę do siebie. Robię to, co mi jest nienawistne. Nie wiem, kim jestem. Joyzello, ach, moja Joyzello!
(Upada we łzach twarzą do ziemi).