Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

stko nanowo będzie tak czyste jak było przedtem — i powtórnie odnajdę wszystko, coś mi dał.
Lanceor. Powiedziałem, com powiedział; jeżeli mi nie wierzysz, odejdź, przeszkadzasz mi...
Joyzella. Spójrz na mnie... Ty ją kochasz, ponieważ tak kłamiesz.
Lanceor. Nie, nie kocham nikogo, a ciebie mniej niż kogokolwiek.
Joyzella. Lanceorze, cóżem ja zrobiła? Może bezwiednie.
Lanceor. Nic, to nie to... Ale ja nie jestem ten, którym wierzyłaś, że jestem i nie chcę nim być... Jestem podobny do wszystkich: chcę, abyś o tem wiedziała i abyś się pocieszyła... i niechaj wszystkie moje przysięgi rozwieją się na wietrze nowego marzenia tak, jak ja rozdzieram ten zeschły liść w mej dłoni. Ah, miłość kobiety! Tem gorzej dla nich. Żyć będę jak inni w świecie bez wiary, gdzie się nikt nie kocha i gdzie wszystkie przysięgi ustąpują przed pierwszą próbą... Ah, ty plączesz... Tak, to było potrzebne, czekałem na to... Ty jesteś twarda, ja to wiem — i łzy twoje są rzad-