Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
SCENA IV
Lanceor, Joyzella.

Joyzella (wstrząśniona). Lanceorze!
Lanceor. Skąd-że przychodzisz, Joyzello?
Joyzella. Widziałam i słyszałam.
Lanceor. A więc cóż z tego? Cożeś widziała? Spójrz do koła siebie, nic tu nie widać. Laury kwitną, woda w cysternie drzemie, gołębie gruchają, nenufary się otwierają. Oto wszystko, co ja widzę i wszystko, co ty możesz widzieć.
Joyzella. Czy ty ją kochasz?
Lanceor. Kogo?
Joyzella. Tę, co właśnie stąd uciekła.
Lanceor. Jakże mógłbym ją kochać? Nigdy jej nie widziałem. Ta kobieta była tutaj, przechodziłem przypadkiem... Wydaj e okrzyk. Nadbiegam. Zdawało się, że mdleje — i w chwili, gdym wyciągał do niej rękę, daje mi pocałunek, który słyszałaś.
Joyzella. Czy to ty przemawiasz? ty?
Lanceor. Tak, spójrz na mnie: ja to właśnie. Zbliż się, dotknij, jeżeli wątpisz.