Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

cień zbyt zazdrosny, jaka kryjówka zbyt głęboka — taiła cudo, które mam w objęciu... Jakie drzewa, jakie groty, jakie wieże, jakie mury mogły dusić promienistość tego ciała, zapach tego życia, płomień tych oczu... Gdzie się kryłaś ty, którą nawet ślepiec by odkrył bez trudu — w ogromnym świętującym tłumie... Nie, nie wydzieraj się! To nie namiętność, upojenie chwili; to wieczno trwałe olśnienie miłości... Klęczę u twoich nóg, całuję je pokornie... Tobie jednej się oddaję... Twój jestem jedynie, twój! O nic cię nie błagam, tylko o jeden pocałunek twych ust, aby zapomnieć o wszystkiem i zapieczętować przyszłość... Nakłoń swą głowę... Oto głowa się chyli, zgadza się na me błagania i przy wołuje znak, którego nic już nie zmaże (całuje ją gorąco. Słychać okrzyk rozpaczy po za gąszczą). — Co to?
(Aryella, którą trzymał n objęciach, uchodzi i znika. — Wchodzi Joyzella).