Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Lanceor. Gdzież to ja usnąłem? Nie wiem, co za trucizna weszła w moje serce. Już nie jestem ten sam, a rozum mój się obłąkał... Walczę przeciw upojeniu i nie wiem dokąd idę. (Ujrzawszy Aryellę). Ale cóż to za kobieta — tam — po za gąszczą wawrzynów... (Zbliża się i spogląda). Jest piękna... Jest półnaga, a nóżka jej zgięta niby kwiat przezorny, zlekka pluszcze się w wodzie, co się uśmiecha, okrążając ją pianką pereł... podnosi ramiona, aby związać włosy; światłość niebieska jaśnieje u jej ramion, jak woda promienista na skrzydłach z marmuru (Zbliża się jeszcze). Ona jest piękna! Muszę ją zobaczyć... Oto się odwraca, a jedna z jej nagich piersi — poprzez włosy — dodaje promienie do promieni, co ją ozłociły... Nasłuchuje, słyszy... jej oczy się rozszerzyły, rozmawiają z kwiatami. Spostrzegła mnie, kryje się, chce uciekać (Przeskakując przez gąszcz). Nie, nie, nie uciekaj odemnie.. Widziałem cię... Zapóźno... (Porywa Aryellę w ramiona). Chcę znać imię tego czystego zjawienia, które w noc pogrąża wszystko, com kochał... Chcę wiedzieć też, jaki