Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

je wszystkie, wiem ich imiona, przypomina mi się jeszcze ich dawna nędza... Oto jaskier upadający pod ciężarem złotych kręgów, oto biedna mokrzyca-zmieniona w olbrzymi krzak lilji, wielkie skabjozy, które ocieniają nas swemi liśćmi, a te purpurowe dzwony, co po nad mur się wznoszą, aby całemu światu zdradzić, żeśmy się widzieli, to naparstnica, która biednie rosła w cieniu. Rzekłbyś, niebo rozsypało kwiaty. Nie patrz na nie: one tu są dla naszej zguby. Ah, teraz zapóźno rozważam, a powinnam była rozumieć... Szeptał niewyraźne groźby... Tak, tak, wiedziałam że on ma uroki. Mówiono mi o tem, alem nie wierzyła. Teraz nadeszła jego godzina. Dobrze! Zapóźno, ale zobaczymy, że miłość umie też...
(Słychać odgłos rogu).
Lanceor. Słuchaj.
Joyzella. To tentent koni i róg strażniczy. On powraca. Uchodź!
Lanceor. Ale ty?
Joyzella. Ależ ja się nie lękam niczego, oprócz jego ohydnej miłości. Uchodź!
Lanceor. Zostanę przy tobie, a gdyby jego przemoc...