Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

ki, cisną się nawzajem, duszą się, pękają w całym ogromie jedne w drugich, zasłaniają liście, rozlśniewają trawę... Nie znam żadnego z tych kwiatów, a wiosna jest w upojeniu... Nigdymnie widział roślinności tak bezładnej, tak świetnie rozbujałej...
Joyzella. Gdzież jesteśmy?
Lanceor. Jesteśmy w grodzie, którego nie chciałaś otworzyć memu szczęściu.
Joyzella. Cóżeśmy uczynili?
Lanceor. Dałem pocałunek, który się daje raz tylko jeden w życiu... A ty wyrzekłaś słowo, którego się nigdy nie powtarza.
Joyzella (omdlewając). Lanceorze, jestem szalona albo umrzemy oboje.
Lanceor (podtrzymując ją). Joyzello, ty bledniesz, a twoje drogie ramiona cisną mnie, jakbyś była w trwodze, że ukryty wróg...
Joyzella. Więc tyś nie widział?
Lanceor. Co?
Joyzella. Jesteśmy w zasadzce, a te kwiaty nas zdradziły. Ptaki milczały, drzewa były martwe, były tu jedynie złe zioła, których nikt nie zrywał. Poznaję