Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

brak... Widzę jeno twój cień poprzez liście. Te kraty są ohydne, bo mi twoją twarz zakrywają... Jedno spojrzenie, Joyzello, bym cię ujrzał całą, a potem odejdę jak złodziej z wielkim skarbem, co strumieniami leje się po za nim. Nikt nie będzie wiedział — i będziemy szczęśliwi.
Joyzella. Lanceorze, to straszne. Nie drżałam nigdy, ale dziś drżę. Może ja drżę o życie — i może już nie o swoje własne. Cóż to za światło, co nagle zabłysło? Ono zdradza nas...
Lanceor. Ależ nie, to słońce wschodzące poza murem. To niewinne słońce, dobre słońce majowe, ono schodzi do nas, by rozweselić nas... Otwórz więc, otwórz szybko, każda chwila mijająca dodaje niebezpieczeństwa do niebezpieczeństw, których się lękasz... Jeden ruch, Joyzello, jeden rzut twojej ręki, a otwierasz mi naprawdę wrota życia!
(Joyzella obraca klucz; furta się otwiera; Lanceor przestępuje próg).
Lanceor (chwytając Joyzellę w ramiona). Joyzello!
Joyzella. Oto jestem.