urwisk, w ramionach tego starca... To co uczynił jest piękne; uczynił rzecz niemożliwą... Ale to nie dość... Jakże nareszcie dosięgłaś brzegu?
Joyzella. Po przebudzeniu leżałam na piasku. Starzec był przy mnie. Potem kazał mię zanieść do pałacu.
Lanceor. Czy on jest królem tej wyspy?
Joyzella. Wyspa jest prawie bezludna — i nie widać na niej nikogo, prócz kilku sług, którzy błądzą w milczeniu. Za poddanych miałby on tylko drzewa, kwiaty i szczęśliwe ptaki, których ta wyspa zdaje się pełną...
Lanceor. To, co uczynił jest dobre.
Joyzella. Jest on dobry i ludzki; przyjął mnie, jakby ojciec rodzony. A jednak ja go nie lubię...
Lanceor. Dla czego?
Joyzella. Zdaje mi się, że on mnie kocha.
Lanceor. Jakto? Czyżby śmiał? Nie, to niepodobna! albo wiek nie jest ciężarem, jakim być powinien, a rozum od nas uchodzi, gdy śmierć się zbliża.
Joyzella. A jednak ja się boję. Dał mi to do zrozumienia. Jest on osobliwy
Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/19
Wygląd
Ta strona została przepisana.