Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

tem widziałam dokoła wodę błękitną, jakbym się zsuwała w głąb jakiegoś dusznego nieba... Zsuwałam się wciąż... Potem ktoś mię pochwycił za rękę i straciłam przytomność...
Lanceor. Któż cię pochwycił?
Joyzella. Pan tej wyspy.
Lanceor. Kto to jest ten pan?
Joyzella. Starzec jakiś, który błądzi jak cień niespokojny po tym marmurowym pałacu.
Lanceor. O, gdybym tam był!
Joyzella. Cóżbyś uczynił?
Lanceor. Uratowałbym ciebie.
Joyzella. Czyż nie jestem uratowana?
Lanceor. To, co innego. Nie cierpiałabyś i nic by cię nie dotknęło. Poniósłbym cię po grzbiecie fal... Ach, nie wiem, nie wiem, jakby to było!.. Niósłbym cię, jak czarę pełną drogocennych pereł, których żadnej cień nie powinien musnąć, jak cudny kwiat jutrzniany, w którym boimy się zakołysać kroplę rosy... Gdy myślę o niebezpieczeństwach, na jakie byłaś narażona, ty tak piękna, tak wiotka, śród wzburzonych fal i surowych