tak czyste. Widać było tylko wodę drzemiącą w lazurze. Naraz — bez żadnego powodu — wielkie błękitne piany rozwichrzyły fale. Wschodziły niby opary mgliste, czepiając się rąk, masztów, twarzy... Potem zahuczał wiatr, a ślepy okręt, popychany strasznym wirem, znalazł się wieczorem w nieznanej przystani tej nieoczekiwanej wyspy... Smutny i zrozpaczony schodzę tu na wybrzeże; usnąłem w grocie, zwróconej ku morzu, a gdym się obudził, tumany opadły; — spoglądam: okręt, jak białe skrzydło znika na widnokręgu fal!
Joyzella. Cóż się stało?
Lanceor. Nie wiem... Chciałem płynąć za nim, ale nie znalazłem łodzi w przystani. Muszę więc czekać zjawienia się innego okrętu.
Joyzella. To szczególne. To tak jak ja...
Lanceor. Jak ty?
Joyzella. Tak — i mnie tak samo gęsta mgła zaciągnęła na tę wyspę.
— Ale mój okręt się rozbił...
Lanceor. Kiedy i jak? Skąd przybywasz tu, Joyzello.
Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/15
Wygląd
Ta strona została przepisana.