dości i może pocałunek nieco dłuższy od tych, jakie się daje zazwyczaj po drodze starcom odchodzącym...
Lanceor (rzucając mu się w ramiona).
Ojcze mój!
Joyzella (również). I mój także!
Aryella (starając się wnęcić do grona osób, złączonych uściskiem). Nikt mię nie widzi, nikt nie pamięta, aby mi też dać dział miłości, wyrwanej mojemi niewidzialnemi rękami ze skąpych rąk czasu...
Merlin (uśmiechnięty). Widzę cię, Aryello; ty nas kochasz wszystko troje; ale ku Joyzelli wydziera się pocałunek gorętszy od tych, jakie my jej dać możemy... Możesz ją ucałować; próba skończona również iw mojem starem sercu. Jeszcze chwila, a będziemy daleko od niej i daleko od wszystkiej miłości...
(Aryella długo całuje Joyzellę).
Joyzella. Co mówisz, mój ojcze — i z kim mówisz?... Zdaje się, że kwiaty jakieś, których zerwać nie mogę, musnęły moje czoło i pieszczą me usta.
Merlin. Nie odpychaj tych kwiatów. One są smutne i czyste. Moja biedna Aryella rozsypuje je koło ciebie; to moja
Strona:Maurycy Maeterlinck - Joyzella.djvu/104
Wygląd
Ta strona została przepisana.