Przejdź do zawartości

Strona:Maurycy Maeterlinck - Życie termitów.pdf/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

normalnego owadu, wypełniając całą niemal halę, leży, niby wieloryb otoczony krewetkami, niezmierna masa tłuszczu, miękka, bezwładna, biaława, jak jakieś straszliwe bożyszcze. Tysiączni wielbiciele pieszczą ją i liżą bez przestanku, ale nie bez interesu, bowiem wypociny królewskie wywierają taki pociąg, że mali żołnierze gwardji przybocznej mają niemało roboty z gorliwszymi obywatelami, chcąc przeszkodzić, by w zapale, nie chwycili kawałka skóry, lub ciała królowej, celem nasycenia jednocześnie miłości i apetytu. Z tego to powodu stare królowe pokryte są pełnemi chluby bliznami, jakby były pocerowane.

 Wokoło ust nienasyconych krzątają się setki maleńkich robotników, napełniając je papką uprzywilejowaną, podczas gdy z drugiego końca inny tłum otacza wylot przewodu jajowego, zbierając, myjąc i unosząc jaja, w miarę jak wypadają. Pośród tej ciżby, zajętych pracą owadów krążą mali żołnierze, utrzymując porządek, zaś wokoło sanktuarjum, zwróceni doń tyłem, a frontem ku ewentualnemu nieprzyjacielowi stoją w zwartych szeregach wojownicy wielcy, z rozwartemi żuchwami, jako gwardja nieruchoma, a groźna.