Strona:Maurycy Jókai - Papuga.djvu/27

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    — 21 —

    Więc dobrze, niech cię to nie zdziwi, że i ja wyrzekam się ciebie i wydziedziczam...
    Powiedziawszy to, odwrócił się i odszedł.
    Filip osłupiał ze zdziwienia. „Wydziedziczył mnie — myślał. — Żebym choć wiedział przynajmniej, jak się nazywa!“
    Lecz w tejże chwili został otoczony przez grupę młodych ludzi, witających go, jako poufałego towarzysza. Filip nie mógł dość się wydziwić, że w poważnych kołach wiedeńskich istnieje zwyczaj przy pierwszem spotkaniu, bez przedstawienia, nazywać się po imieniu i zdrobniale, jakby między dziećmi: Thuri, Stelli, Bebus, Blickus, co ma oznaczać: Artur, Cornelius, Albert i Adalbert. Jego samego nazywano: „Pipo;“ czyżby to w wiedeńskich sferach arystokratycznych było zdrobniałe imię „Filipa?“
    Tymczasem w sali, w której tańczono, walc już się kończył, lokaje roznosili ochładzające napoje, fala gości przelewała się do sąsiednich salonów. Pomimo ścisku Filip zaobserwował, iż kilku dandych śledziło go bezustannie i następowało prawie na pięty. Drażniło go to prześladowanie, ukrył się więc we framudze okna. Ale i tam nie znalazł spokoju, zaledwie bowiem pierwsze takty kadryla dały się słyszeć i tancerze zaczęli podchodzić do swoich dam, podstąpił ku niemu jakiś młody, szczupły dandy, i ze złośliwym uśmiechem powiedział:
    — Aha! mam cię nakoniec! Jesteś moim vis-à-vis. Prędzej, prędzej! margrabina zaczyna się niepokoić. Już skończyli uwerturę!
    Filip dał się poprowadzić przez salę i tylko myślał:
    „Któż to może być taki, co czułby się nieszczęśliwym z powodu mej nieobecności?“
    Dobrze że powiedziano mu to, będzie przynaj-