Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głowie, ale odbiła się na stopach. Wślizgnęła się do domu, zrzuciła płaszczyk i kapelusz i podążyła wprost do jadalni. Stanęła nadsłuchując. Głos ojca — wyzbyty z życia; potem głos matki — wyzbyty z życia; długa przerwa; potem z kolei bezpłodna uwaga Waszyngtona Hawkins. Znowu milczenie. Potem znowu głos nie Tracy, ale ojca.
— Poszedł! — szepnęła do siebie z rozpaczą. Ostrożnie otworzyła drzwi i stanęła w progu.
— Ależ dziecko! — zawołała matka — jakaś ty blada! Czyś — czy...
— Blada? — zwołał Sellers. — Bladość przeszła jak błyskawica. To nie poważna bladość. Teraz jest rumiana, jak dusza kawona! Siadaj kochanie, siadaj. Bóg mi świadkiem, że jesteś mile widziana. Czy wesoło spędziłaś czas? Myśmy spędzali czas doskonale, kapitanie! Dlaczego panna Bella nie przyszła? Pan Tracy czuje się niezdrów, a ona pomogłaby mu zapomnieć o cierpieniu...
Sally była rozradowana. Szczęśliwe jej oczy rzucały błyskawice, które szepnęły słodką tajemnicę drugiej parze oczów i otrzymały podobną odpowiedź. W przeciągu nieskończenie krótkiego ułamka sekundy oba te zwierzenia wypowiedziano, przyjęto i zrozumiano. Niepokój, niepewność, obawa zniknęły z serc dwoja młodych, ustępując miejsca wielkiej ciszy.
Sellers łudził się w głębi duszy, iż nowe zwycięskie posiłki odwrócą klęskę milczenia, ale był w błędzie. Rozmowa okazała się trudniejsza, niż przedtem. Sellers dumny był z Gwendoliny i chciał ją pokazać, nawet przy pannie Belli Thompson. Sposobność się nadawała — ale jak wykorzystała ją Gwendolina? Czuł się, jak wyrzucony z siodła. Martwił się, że ten anglik, z właściwą podróżującemu anglikowi skłonnością wyrobienia sobie pojęcia o łańcuchu górskim z paru ziarnek piasku, dojdzie do przekonania, że dziewczęta amerykańskie są nieme, jak anglicy. Osądzi cały naród na zasadzie tego jednego przykładu.
Najwięcej żal mu było Gwendoliny: niema przy stole niczego, co mogłoby ją ożywić, dać bodźca, obronić przed sennością. Uparł się, że dla ratowania honoru swojej ojczyzny musi tych dwoje niedługo znowu ze sobą sprowadzić.
Sądził, że następnym razem będzie inaczej. Szepnął do siebie z głębokiem poczuciem krzywdy: — Zapisze w swoim dzienniku — każdy z nich pisze dziennik — że Sally była przedziwnie mało interesująca; tak, tak. Ale Sally — nigdy nie widziałem jej takiej! a ładna jest dzisiaj jak sam szatan — ale Sally mogłaby nie skubać sukni, ani rwać kwiatów, ani wyglądać tak zdenerwowana... Nastrój nie poprawił się i tutaj w sali Audjencjonalnej. Mam tego dość. Zwijam sztandary. Niech inni walczą, jeśli chcą!
Uścisnął wszystkim obecnym ręce i wyszedł, mówiąc, że pilna robota czeka na niego. Zakochani mieli więc dla siebie cały pokój, ale zdawali się nie wiedzieć o sobie. Przestrzeń między nimi skurczyła się nieco. Wkrótce wyszła i matka. Przestrzeń skurczyła się znowu. Tracy stał przed wizerunkiem jakiegoś polityka z Ohio, który został przemalowany i przechrzczony na krzyżowca Rossmore. Gwendolina siedziała na kanapie, dotykając prawie jego łokcia. Udawała, że przegląda album z fotografjami, których w nim nie było... „Senator” wciąż się wahał. Żal mu było młodych. Mieli ciężki wieczór dzisiaj. W naiwności serca usiłował im go umilić, zatuszować złe wrażenie, porażki; starał się być rozmowny, nawet wesoły. Ale odpowiedzi padały blade; niepodobna było wzbudzić zapału. Dał za wygraną i umilkł. Był to dzień zupełnie stracony, poświęcony klęskom.
Ale kiedy Gwendolina podniosła się nagle i powiedziała z radosnym uśmiechem, pełnym wdzięczności i szczęścia:
— Musi pan już iść? — dezercja wydała mu się okrucieństwem i usiadł znowu.
Już miał rzucić jakąś uwagę — ale tego nie zrobił. Wszyscy znamy ten stan. Nie wiedział, dlaczego wie, iż nie powinien zostać dłużej; ale wiedział to, wiedział, jak dwa razy dwa. A więc powiedział im dobranoc i wyszedł ogłupiały, dziwiąc się, co wpłynęło na nagłą zmianę humorów. Kiedy drzwi się zamknęły za nim, dwoje młodych stało obok siebie, wpatrzeni w te drzwi — patrzyli i czekali licząc sekundy, przepojeni głęboką wdzięcznością... Zaledwie trzasnęła klamka, zarzucili sobie ramiona na szyję i serce przy sercu, usta przy ustach —
— Boże! ona go całuje!
Nikt nie słyszał tej uwagi, ponieważ Hawkins, który ją sformułował, pomyślał ją, nie