Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wemu zainteresowaniu, jakie wzbudzał we mnie ten chłopiec i niezbadany powód, dla którego zawodziły go wszystkie jego pomysły i plany.
Tracy nie słyszał ani słowa. Był jak nieprzytomny. Ogarnęła go rozpacz.
— Tak, przedziwny charakter! Skrytość — oto jego podłoże! Trzeba przedewszystkiem umieć znaleźć kamień węgielny, na którym zbudowany jest charakter człowieka — wtedy wiesz wszystko. Wtedy nie zwiodą cię ani pozory, ani cechy chwilowe i zmienne. Co czytasz w twarzy senatora? Prostotę; rodzaj bujnej, wydajnej prostoty; gdy tymczasem jest to jeden z głębszych umysłów na świecie. Człowiek zupełnie uczciwy — absolutnie uczciwy i szlachetny człowiek — a jednak niewątpliwie największy symulant, jakiego świat widział kiedykolwiek.
— Djabli nadali! — To wyrwało się z ust niesłuchającego Tracy, którego trapiła myśl, czem mógłby być obiad, gdyby coś nie pomieszało szyków.
— Nie, tego bym nie powiedział! — mówił Sellers, przechadzając się spokojnie po pokoju z rękami w kieszeni, zasłuchany we własne słowa. — Możnaby powiedzieć djabli nadali o kim innym ale nie o senatorze. Pańskie wyrażenie jest słuszne, zupełnie słuszne — przyznaję to, ale użył go pan niewłaściwie. A to znaczy wiele! To, to przedziwny charakter! Wątpię, czy znajdzie się drugi mąż stanu, który miałby takie poczucie humoru, połączone z podobnym talentem ukrywania tego humoru! Może Jerzy Waszyngton i Kromwell i jeszcze Robespierre — ale tutaj stawiam kropkę. Człowiek mógłby przebywać w towarzystwie sędziego Hawkinsa całe życie, a nie domyśliłby się, że ten człowiek jest trochę zabawniejszy, niż naprzykład cmentarz!
Nieskończenie głębokie, długie na jardy westchnienie wyrwało się z ust rozmarzonego i roztargnionego artysty: po niem nastąpił szept:
— Nieszczęsny, nieszczęsny!
— No, nie powiedziałbym tego. Przeciwnie, podziwiam jego zdolność do ukrywania humoru, a jeszcze więcej — podziwiam sam ów talent, godny prawdziwego zachwytu. Rzecz druga: generał Hawkins jest myślicielem: zimnym, logicznym, analitykiem, głębokim myślicielem — być może najoryginalniejszym filozofem naszych czasów. Oczywiście, w zakresie swojej specjalności, to znaczy: epoka lodowcowa, korrelacja sił, ewolucja chrystjanizmu ze stanu poczwarkowego — i inne temu podobne kwestje. Poddaj mu temat, wchodzący w zakres jego specjalności, a potem stań i przypatrz mu się. Zobaczysz, że ziemia pod nim drży. Tak, tak, musisz go pan poznać! Musisz poznać jego duszę! Kto wie, czy to nie najoryginalniejszy umysł od czasów Arystotelesa...
Wstrzymano na chwilę obiad, czekając na pannę Thompson; ale ponieważ Gwendolina nie powtórzyła jej zaproszenia, czekanie okazało się bezskuteczne i domownicy zasiedli do stołu bez niej. Biedny stary Sellers robił wszystko, na co mogła się zdobyć jego gościnność, żeby umilić czas gościowi, a gość również robił wszystko, co mógł, żeby być rozmowny i wesoły — przez wdzięczność dla starego dżentelmena. Faktycznie wszyscy urobili ręce po łokcie w interesie wspólnej przyjemności, ale rzecz była chybiona od początku. Serce ciążyło Tracy, jak ołów. Zdawało się, iż w pokoju jest tylko jeden przedmiot godny jego uwagi — puste krzesło. Nie mógł oderwać myśli od Gwendoliny, ani od swego twardego losu. Skutkiem tego, gdy na niego przychodziła kolej powiedzenia czegoś, następowały długie martwe pauzy. Dolegliwość ta odbiła się na całej rozmowie, a więc miast orzeźwiającej przejażdżki, po zalanych słońcem wodach — jak sobie planowano — wszyscy czuli nudę, marząc o dobiciu do brzegu. Co się stało? Jeden Tracy mógł to wyjaśnić. Reszta nie potrafiłaby nawet robić przypuszczeń...
Niemniej ponuro schodził czas u Thompsonów — faktycznie podwójne doświadczenie! Gwendolina wstydziła się sama przed sobą, iż pozwoliła, by rozpacz zapanowała w jej duszy i uczyniła ją tak dziwnie i głęboko nieszczęśliwą. Ale to, że się wstydziła przed sob, nie poprawiało sprawy: to nawet pogłębiało jej cierpienia. Tłumaczyła, że czuje się niedobrze i wszyscy widzieli, że to prawda. Budziła szczerą sympatję i litość. Ale to nie pomogło również. Nic nie pomaga w takich wypadkach. Najlepiej dać za wygrane — niech rana krwawi. Jak tylko obiad się skończył, dziewczyna przeprosiła gospodarzy i pospieszyła do domu, ciesząc się, że uwolni się od tego domu i owego nieznośnego cierpienia.
Czy już poszedł? Myśl ta powstała w jej