Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ni, gdyby się byli urodzili Sellersami; mówię Sellersami czystej krwi; oczywiście mieli trochę krwi Sellersów — nawet sporo krwi Sellersów, — ale — dolar papierowy to nie to samo co dolar prawdziwy.
Na siódmy dzień po wysłaniu telegramu, Waszyngton przyszedł zaspany na śniadanie i natychmiast otrzeźwił go elektryczny spazm radości. Przed nim stało najpiękniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widział w życiu; była to Sally Sellers, lady Gwendolina; przyjechała w nocy. I suknie jej wydały mu się najpiękniejsze i najwytworniejsze z tych, na jakie kiedykolwiek patrzył, a przytem były tak doskonale pomyślane, uszyte, i dopasowane, a to przez dobór ozdób, rozmieszczenie ich, i harmonijne zestawienie barw. Była to jednak suknia domowa i skromna, ale Waszyngton przyznał w duchu, że jest „bycza” (wyrażenie angielskie używane w Cherokee Strip). A gdy ujrzał, zrozumiał, dlaczego i przez kogo ubogi i bezpłodny dom Sellersów zakwitnął jak róża i czarował oczy, i radował duszę: Sally była tą czarodziejką, ona jedna potrafiła to zrobić i nadać wszystkiemu swój własny styl i połączyć wszystko w harmonijną całość.
— Moja córka, major Hawkins. Przyjechała do domu na czas żałoby; przyleciała do domu na wieść o nieszczęściu, aby dopomóc autorom swoich dni nieść brzemię ciosu, który na nich spadł. Kochała bardzo ostatniego earla — ubóstwiała go.
— Ależ, ojcze, nie widziałam go nigdy na oczy!
— Racja; myślałem o kim innym; o jej matce.
Ja ubóstwiałam tego wędzonego łupacza? Sentymentalną, głupią?...
— To znaczy miałem na myśli siebie. Biedny, szlachetny starzec! byliśmy nierozłączeni!
— Słuchajcie, dobrzy ludzie; Mulberry Sel-Mul — Rossmore, djabli nadali z tem trudnem nazwiskiem, którego nigdy nie potrafię... słyszałem na własne uszy, jak powiedziałeś, słyszałem jak powtarzałeś to po tysiąc razy, że kiedy ten biedny baran...
— Myślałem o... o... mniejsza o to, o kim myślałem; i to nie o to chodzi; ktoś ubóstwiał, przypominam to sobie, jak gdyby to było wczoraj, i...
— Ojcze, uścisnę dłoń pana majora Hawkinsa, zakończę tę całą ceremonję przedstawiania, i nie będę go już zajmowała swoją osobą. Pamiętam pana doskonale, panie majorze Hawkins, chociaż byłam małą dziewczynką, kiedyśmy się po raz ostatni widzieli; jestem bardzo, bardzo rada, że pana widzę i że możemy gościć pana w naszym domu, jak kogoś bliskiego — i uśmiechając się, uścisnęła mu serdecznie dłoń i wyraziła nadzieję, że i on nie zapomniał o niej.
Waszyngton czył się nadzwyczaj uszczęśliwiony jej serdecznością i chciał odpłacić tem samem, zapewniając, że nietylko pamięta ją, ale pamięta ją lepiej, aniżeli swoje własne dzieci, ale to nie chciało jakoś ułożyć się gładko; jednak udało mu się jakoś wybrnąć z zawiłej sentencji, która okazała się bardzo na miejscu, gdyż treścią jej było niezręczne, ale niewymuszone wyznanie, iż piękność jej tak go zdumiała, iż stracił przytomność, przeto nie może dokładnie powiedzieć czy pamięta ją, czy nie.
Słowa te zyskały mu jej przyjaźń.
W rzeczywistości uroda tego prześlicznego stworzenia była z typu najrzadszych i to nas tłumaczy że poświęcimy jej trochę czasu. Była piękną nie dlatego, że miała takie oczy, nos, usta, brodę, włosy, uszy — ale, że były one w sposób szczególny rozmieszczone. O prawdziwej piękności więcej stanowi prawidłowe umieszczenie i harmonijny podział powabów, aniżeli ich jakość. To samo dotyczy barw. Niektóre kombinacje barw, które podczas wybuchu wulkanicznego dodają piękności pejzażowi, napewno zbrzydziłyby dziewczynę. Taką właśnie była Gwendolina.
Ponieważ przyjazd Gwendoliny skompletował kółko rodzinne, postanowiono przystąpić do oficjalnej żałoby uznawszy, że należy ją rozpoczynać codziennie o godzinie szóstej (pora obiadowa) i kończyć równo z obiadem.
— Jest to stary ród, majorze, znakomity stary ród, i zasługuje, by śmierć jego synów obchodzono żałobą niemal królewską, niemal cesarską, chciałem powiedzieć. Sal- Gwendolino! niema jej? mniejsza o to; podajcie mi moje parostwo; znajdę je sam, i pokażę wam parę szczegółów, z których przekonacie się, czem był wasz dom. Zaglądałem do dzieła Burke’a i przekonałem się, że z sześćdziesięciu czworga naturalnych dzieci — moja droga, czy zechcesz podać mi tę książkę? Leży na sekretarzyku w buduarze. Tak. Otóż, jak powiedziałem, jedynie St. Abbans, Graffon i Bucclengh figurują