Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ner w starym wielkim stanie Arkansas — a brat jego wraz z nim. Obaj zostali przywaleni klocem podczas budowania domu dzięki niedbalstwu obecnych, którzy winę tego zwalają na wesołość, wywołaną nadmiarem kwaśnej mieszanki („Błogosławiona niech będzie kwaśna mieszanka — czemkolwiek ona jest, hę, Berkeley?”) przed pięciu dniami, w nieobecności latorośli naszego starego rodu, któraby zamknęła mu oczy i pochowała go z honorami, należnemi historycznemu nazwisku i wysokiej godności — (w istocie leży on jeszcze w lodzie, on i jego brat) — przyjaciele byli zmuszeni zrobić składkę na ten cel. Ale ja postaram się przy najbliższej sposobności odesłać ich czcigodne szczątki Tobie („Wielkie Nieba!”), abyś pochował je, z należytemi ceremonjami i pompą w familijnym grobie czy mauzoleum naszego domu. Tymczasem wywieszę parę flag żałobnych na froncie mego domu, i Ty, Mylordzie, uczynisz oczywiście to samo w licznych swoich majętnościach. Muszę ci także przypomnieć, iż po tem smutnem zdarzeniu, jako jedyny spadkobierca, dziedziczę i wchodzę w posiadanie wszystkich tytułów, zaszczytów, posiadłości i dóbr naszego opłakiwanego krewnego, i będę zmuszony, chociaż jest to przykry obowiązek, zwrócić się do Izby lordów z prośbą o przywrócenie mi tych godności i dóbr, z których teraz korzysta wasza tytularna lordowska mość.
Z zapewnieniem o swojem wyjątkowem poważaniu i gorącym kuzynowskim szacunku, pozostaję waszej tytularnej lordowskiej mości

wielce posłuszny sługa
Mulberry Sellers Earl Rossmore.

— Wspaniałe! Słuchaj, to jest interesujące! No, Berkeley, jego zimny bezwstyd jest — jest — no, kolosalny, wspaniały!
— No, ten nie robi wrażenia, że będzie się zbytnio płaszczył!
— Płaszczyć — nie, ten nie rozumie nawet, co taki wyraz znaczy. Żałobne chorągwie z herbem zmarłego! Dla uczczenia pamięci tamtego zasmarkanego obdartusa i jego braciszka! I odeśle mi ich szczątki! Ostatni pretendent był szaleńcem, ale ten to warjat! Co za nazwisko! Mulberry Sellers! — dla ciebie brzmi to dźwięcznie. Szymon Lathers — Mulberry Sellers — Mulberry Sellers — Szymon Lathers. To coś jak trzeszczenie i zgrzytanie maszyny. Szymon Lathers — Mulberry Sel — odchodzisz?
— Jeżeli pozwolisz, ojcze.
Po odejściu syna stary pan zadumał się na chwilę. Oto co myślał:
— Dobry to chłopak, i poczciwy. Niech robi, co chce — nie zwojowałbym niczego, sprzeciwiając mu się — przeciwnie, pogorszyłbym sprawę. Moje argumenty i perswazje jego ciotki chybiły celu. Zobaczymy, co Ameryka zrobi dla nas. Przekonajmy się, w jaki sposób równość i niedostatek uleczą chory umysł młodego angielskiego lorda. Chce zrzec się tytułu lordowskiego i stać się człowiekiem! Tak!


ROZDZIAŁ II.

Pułkownik Mulberry Sellers (działo się to na parę dni przed napisaniem owego listu do lorda Rossmore) — siedział w swojej „bibliotece”, która służyła mu jednocześnie za „bawialnię”, a zarazem była „galerją obrazów” i „pracownią”. Zależnie od okoliczności i potrzeby nadawał jej tę lub inną nazwę. Pracował właśnie nad konstrukcją jakiejś zabawki mechanicznej — i zdawał się być niezwykle zaabsorbowany swojem dziełem. Był to siwowłosy już mężczyzna, zachował jednak dawny czerstwy i młodzieńczy wygląd, i był jak zwykle ożywiony i pełen fantazji. Jego stara kochająca małżonka siedziała opodal z robótką szydełkową w ręku i kotem na kolanach. Pokój był obszerny, jasny, zaciszny, wyglądający zasobnie, chociaż meble były lichego gatunku i bardzo nieliczne, a ozdoby i inne drobiazgi niezbyt kosztowne. Ale stały w nim kwiaty, i było coś nieokreślonego i nieuchwytnego w owej izbie, co zdradzało obecność w domu osoby o dobrym smaku i troskliwej dłoni.
Nawet nieubłagane chromolitografje na ścianach wisiały to bez zamiaru obrażenia kogokolwiek; zdawało się, iż powieszono je jedynie w celu oczarowywania gości, gdyż każdy, kto choć raz rzucił na nie okiem, zachowywał pamięć o nich do grobowej deski — wszyscy znamy ten rodzaj obrazów. Niektóre z tych straszydeł były „landszaftami”, inne parodjowały morze, inne znowu miały pozory portretów — a każdy z nich był przestępstwem. „Portrety” były wizerunkami szlachetnych i zasłużonych amerykanów, ale jakaś śmiała ręka odpowiednimi napisami kazała im odgrywać rolę „earlów Rossmore”. Najnowszy z „portretów” rozpoczął swój żywot jako Andrzej Jackson,