Strona:Marian Pilot - Panny szczerbate.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak skuta lodem studnia, nie słyszał, co się do niego mówiło.
Prawdziwie ożywał dziad dopiero w czerwcu, w początkach lipca. Działo się coś z nim wtedy, nie siedziało mu się w domu, wstawał zaraz, skoro tylko budził się ze swego tchórzliwego snu. Na nic były warkoty i krzyki baby, łaził gdzieś po łąkach, siadywał nad strumieniem, patrzył, jak skaczą nowo wylęgłe żaby i w głębi przeźroczystej wody pływają śliże. Mruczał coś i pchał do wody swój kostur. Śliże uciekały, żaby skakały w popłochu, o koniec kostura zaczepiały się zgniłe trawy i wodorosty.
Do chaty i wrzaskliwej teraz baby wracał dziad późnym zmierzchem, nie zważał na krzyki, białą swoją twarz oprószał mąką, spod pierzyny wyciągał prześcieradło i miedzami szedł ku smętorzowi.
Przede żniwy ludzie mają czas, pełno wtedy kobiet na smętorzu. Zrywają chwasty na ścieżkach i grobach, sadzą kwiecie, podlewają: dziewuchy mogą tak pół dnia na smętorzu przesiedzieć i długo jeszcze w noc. Dziad wkradał się na smętorz przez dziurę w błynku, w krzach obwijał się w prześcieradło i szedł ku dziewuchom. Blaski fajki raz po raz objawiały lękliwą białość prześcieradła, szeroką, z czarną wnęką ust, twarz dziada; kocica, której lato, podobnie jak staremu, przynosiło życie i werwę, puchocząc, z rozwartymi szeroko fosforyzującymi ślepiami i wzniesionym ogonem, krążyła wokół jego nóg. Dziewuchy, wrzeszcząc, krzycząc, piskocząc ze strachu, rzucały swoje konwie, wiadra z wodą, motyki i kwiaty, uciekały w ciepły, żytni mrok lipca.
— Do baboka! — straszył dziad. Potem śmiał się: — Huhuhu!
Zostawał na smętorzu sam ze swoim kotem. Pomału chodził między grobami, czasami siadał na ja-