Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piersi i twarz przybrała wyraz bolesny: dałem znak Lewońskiemu, że czas już przerwać tę wizytę. Westchnął, chustką otarł sobie oczy, wstał i rzekł:
— No, trzeba się nam pożegnać, mój Bronisławie.
Chory oczu nie otwierał, ale był przytomy i słyszał te słowa, bo szepnął w odpowiedzi:
— Trzeba... trzeba...
Wysiłkiem woli podniósł jednak głowę i próbował się ocucić.
— Powiedz... swojej Mini — rzekł po chwili — że ją pozdrawia i błogosławi... przyjaciel... jej matki. Powiesz?...
— Powiem, powiem — zapewniał go Lewoński — zobaczymy się jeszcze, jutro będę u ciebie, chybaby co w domu zaszło ta-