Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bez łez nie obyć — pomyślałem, udając jednak, że tego nie spostrzegam.
Gierda oddychał wprawdzie z trudnością i był widocznie zmęczony, ale twarz miał spokojną, choć łagodny smutek malował się na niej.
— Mój poczciwy doktorze — zaczął — ani się spodziewałeś, jaką mi oddałeś przysługę. Po tylu latach, po tylu latach!... choć jedna znajoma twarz przed śmiercią... Zaraz mi się zdało, że się życia wróciło trochę.
— Nie czuje się pan dobrodziej osłabionym? — spytałem.
Ręką skinął z lekceważeniem.
— Nic nie czuję w tej chwili. Warto się takiem głupstwem zajmować!...