Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


działa jeszcze na kamiennym schodku od podwórza i rozmyślała.
— Cóż tam słychać? — spytałem.
— A no gadają i gadają.
— Wołali was?...
— Gdzieby!... sama zachodziłam zobaczyć, czy nie trzeba czego.
— I cóż?... jak się pan miewa?
— Musi lepiej, bo siedział na łóżku, ale oczy miał otwarte, jakby się wyspał.
Markotną miała twarz czegoś; podeszła nieśmiało do mnie, pocałowała mię w łokieć i nie wiedząc, jak zacząć, przestępowała z nogi na nogę, wreszcie rzekła:
— Jak też pan konsyliarz uważa, wedle tego testamentu?...