Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ot — westchnął potem — wszystkim nam szczęście się nie udało. On umiera, ona już dawno w grobie, świeć Panie nad jej duszą!... jam wdowcem, a dziecko moje biedne, jak kwiatek usycha!...
Łzę połknął, oczy przetarł i rękę mi podał z uściskiem tak serdecznym, jakby mi dziękował za to, żem go słuchał i dał mu sposobność wygadać się i ulżyć sobie.
— Ja jednak pójdę do Gierdy — rzekł, otrząsając się ze wzruszenia — trzeba pójść, to się godzi, to się mu należy ode mnie. Niech się choć pożegnamy na tę drogę!... Bardzo go pragnę zobaczyć przed śmiercią. A może go konsyliarz wolisz uprzedzić?...
Zadecydowaliśmy w końcu, że lepiej będzie bez tego pójść.