Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakoś więcej od wszystkiego, bo słuchał, głową kiwał i zdawał się być wzruszonym.
Powiada, żebym miał nadzieję, bo mam szczęśliwą rękę; odkąd go odwiedzam, czuje się jakby wzmocnionym i mniej mu wszystko dolega. Wczoraj cały wieczór musiałem u niego przesiedzieć.
— Nie odchodź, nie odchodź jeszcze — prosił się, ile razy wstawałem, żeby go pożegnać — skoro tylko wyjdziesz, zaraz się zdrzemnę i śnić mi się zacznie, żem wpadł w jakąś czarną, głęboką wodę... jak mi się to śni ciągle od pewnego czasu. Niesie mnie tak po całych nocach z tą jakąś falą, niby topielca, i na żaden brzeg nie wyrzuca. Niby sen, niby jawa... a to nudy tak płynąć bez