Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem, no i zdawało mi się, że jest lepiej. Chciałam mu te skrzypki zabrać, bo niewygodnie było biedactwu, więc próbowałam powolutku wyjąć mu je z pod ręki, ale się zbudził, oczy zaraz otworzył i wystraszony powiada: »Co?... co?... kto mi moje dzwony bierze?...« Płakać zaczął, ledwiem go znowu utuliła.
Uspokoiłem ją, że to przesilenie, że teraz się już na dobre poprawi i że niebezpieczeństwo zupełnie minie; żeby się tylko nie przejmowała zabardzo.
Ot, głupie gadanie!... co tu matce przedkładać, aby była spokojną, kiedy nad jej dzieckiem śmierć lata i jak sęp łomoce skrzydłami.
Dużo pomoże perswazya w ta-