Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spał i tylko przez sen stękał i wzdychał.
Banasiowa wzięła się do przesłania łóżka, nie tyle z gorliwości, ile z ciekawości zapewne; chciała się przekonać, czy w niem niema ukrytych skarbów starego.
Uważałem, że przetrząsała wszystko i grzebała coś długo w sienniku, ale nic jakoś nie znalazła. Pilnowałem umyślnie, aby baby nie skusiło zataić czego.
— Cóż? — zapytałem ją — widzicie, że ja miałem słuszność, nie wy. Ani śladu pieniędzy.
— A no słoma tylo i słoma.
Miała minę bardzo zawiedzioną i głową kręciła.
Kontent byłem, że się nic nie znalazło, bo na wypadek śmierci, byłyby potem kłopoty z są-