Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiego, ale ja się wyrwę... wyrwę choć na chwilę.
Gierda głową skinął parę razy, jakby zapraszał i dziękował za obietnicę tych odwiedzin.
— No, do widzenia, Bronisławie, do widzenia jeszcze!
To »jeszcze« dziwnie brzmiało w jego ustach, gdy w obu dłoniach trzymał spuchniętą rękę chorego, a ten z trudem podniósł jedną powiekę i tem jednem okiem patrzył na niego, jakby z żalem i wdzięcznością, powtarzając szeptem:
— Bądź szczęśliwy... bądź szczęśliwy... bądź szczęśliwy...
Senność go jednak ogarniała.
Podsunęliśmy mu we dwóch poduszkę drugą pod plecy i otulili lepiej kołdrą; potem go Le-